FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


35. FPFF. Młodzi i niezależni
Inne festiwale

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych to przecież nie tylko Konkurs Główny i Panorama. Poniżej przedstawiamy opisy kilku produkcji z Konkursu Młodego Kina i Konkursu Kina Niezależnego, które wczoraj przedstawiono.



Konkurs Młodego Kina

Osiem9
"Osiem9" Pawła Jóźwiaka-Rodana to bardzo obiecujący obraz łączący w sobie cechy dokumentu i fabuły. Z jednej strony to opowieść o "pokoleniu '89", które zagubiło się w wykorzystywaniu życiowych możliwości do maksimum, a z drugiej zręcznie poprowadzona historia społecznego wyobcowania. Główny bohater, Natan, próbuje wyrażać się poprzez formę video, czy to kręconych komórką, czy profesjonalną kamerą - to dla niego jedyna droga, by zadawać dręczące go pytania, które jego szkolne otoczenie zbywa śmiechem i propozycją kolejnego szluga. Zafascynowany "Gadającymi głowami" Kieślowskiego, postanawia nakręcić dokument o podobnej tonacji. Z kadrów filmu Jóźwiaka-Rodana wyziera intrygujący obraz społeczny, mocny, krytykujący, a jednak lekko liryczny. Reżyser nie tyle sympatyzuje ze swoimi postaciami, ale rozumie ich problemy. Dodatkowo czuć również jego fascynację nowymi mediami, którą wyraża za pomocą zagubionego Natana. Szkoda tylko, że pod koniec "Osiem9" zaczyna rozłazić się w szwach, a świetna koncepcja ustępuje - niestety - typowo polskiemu zakończeniu, niby uwarunkowanemu kilkoma pozycjami zagranicznymi i pasującemu do treści filmu, ale jednak można to było zrobić inaczej. Niemniej jednak Paweł Jóźwiak-Rodan ma potencjał, by w przyszłości stać się mocnym głosem polskiego kina. [DK]

http://
Film Bartosza Kruhlika jest w pewnym sensie o tym samym, co "Osiem9", bowiem główni bohaterowie kręcą amatorski film video, który zamierzają później umieścić na YouTube. Nie dla sławy, ale dla samego faktu wrzucenia swojego filmiku, który ma rozśmieszyć wielu znajomych i nieznajomych, do internetu. Bez większej świadomości tego, co robią - dla zabawy i jakiegoś dreszczyku emocji. Problem z filmem Kruhlika jest taki, że to tylko i wyłącznie wprawka realizacyjna, obraz, którego potencjał zostaje spożytkowany na wypróbowanie różnych możliwości narracyjno-technicznych. Podkreśla to brak fabularnej pointy. Także jest to po prostu kolejna ciekawostka. Ogląda się ją bardzo dobrze, ale to dalej ciekawostka, która niewiele mówi o jego twórcach. [DK]

Ścierwodziad
Polska nie posiada dobrych tradycji w gatunku horroru. Z jakiegoś powodu rodzime próby, czy to starsze, czy nowsze, nie są w stanie wybić się ponad poziom przeciętności, a niektóre miast straszyć czy wywoływać napięcie, rażą miernotą wykonania. "Ścierwodziad" Jakuba Półtoraka, specyficzna ghost story rozegrana w zasadzie na dwie postaci, nie poprawi statusu polskiego horroru. Zabrakło przede wszystkim zdecydowania, decyzji o pójściu na całość, zaatakowaniu widza prawdziwym horrorem, suspensem, może nawet lekkim gore. W zamian "Ścierwodziad" błąka się pomiędzy quasi-onirycznością, a rozwijaniem historii, której koniec znany jest w zasadzie od samego początku. W efekcie jedyną niewiadomą jest tak naprawdę forma. A to w przyjętej przez Półtoraka konwencji jest zdecydowanie za mało. Ciekawa koncepcja, średnie wykonanie i brak zdecydowania sprawiają, że "Ścierwodziad" jest tylko i wyłącznie jednorazową ciekawostką. [DK]

Brzydkie słowa
Nokaut wczorajszej serii filmów. Opowieść o człowieku z zespołem Tourette'a i jego próbach normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, które z zasady odrzuca każdą inność poza margines. Tak nie jest z Piotrem, któremu udaje się dosyć dobrze utrzymywać swój stan w tajemnicy - ma ustalone schematy działania, które pomagają mu żyć i w miarę normalnie pracować. Do momentu, kiedy pojawia się Kasia. Piotr będzie musiał wyjść z cienia swojej choroby i zaufać drugiemu człowiekowi, otworzyć się, podjąć próbę walki o swój los. Film Marcina Maziarzewskiego cechuje ten najlepszy typ humanistycznej wrażliwości, który stanowił o sukcesach takich obrazów jak "Rain Man" czy "Mała miss". Subtelność, wyczucie, ciepło i przede wszystkim wspaniała reżyseria. Bez zbędnej sceny, bez emocjonalnego szantażu, z wieloma ciekawymi rozwiązaniami realizacyjnymi. Za to z uśmiechem na twarzy, a może nawet łezką w kąciku oka. To film, który warto zobaczyć i któremu warto kibicować. [DK]

Konkurs Kina Niezależnego

Lida

Z całym szacunkiem dla Anny Góreckiej i jej wizji, "Lida" jest obrazem średnio udanym, spalonym poprzez sztuczność wykonania. Nawet biorąc pod uwagę to, że jest to kino niezależne, udzielające głosu młodym aktorom czy znajomym znajomych, pożytkujące się nieco innymi środkami wyrazu, postacie w "Lidzie" są papierowe i niewiarygodne. Na dodatek sama opowieść o ojcu 12-latki, który zakochuje się specyficznej piosenkarce, nie jest zbyt interesująca. Pod względem samej treści film Góreckiej jest w miarę spójny, ale to nie wystarczy, żeby zasłonić jego wady, a tym samym zapisać się w pamięci na dłużej niż kilka godzin po wyjściu z kina. [DK]

Orkiestra niewidzialnych instrumentów

Natomiast film Cezarego Albina, choć ciekawy w samym założeniu, cierpi na przypadłość wielu pozycji polskiego kina niezależnego - chaotyczność. Albin opowiada historię mężczyzny, który tak bardzo kocha swoją dziewczynę, że doprowadza go to do najpierw do mocnej zazdrości, później do ograniczającej uczucie obsesji. Reżyser i scenarzysta dodaje do tego fajny koncepcyjnie, ale nieco wydumany wątek człowieka, który podaje się za wersję głównego bohatera przybywającą z przyszłości, by go ostrzec o błędach (ale bez przejmowania się paradoksem czasowym). Umieszcza w kadrach wątek kumpla głównego bohatera, który szamocze się pomiędzy lojalnością do kolegi, a rodzącym się uczuciem do jego dziewczyny. Kreuje fabularne przewrotki, stara się grać konwencjami i nawiązaniami do innych filmów. W epizodach umieszcza znanych polskich aktorów, co w efekcie nieco odwraca uwagę od głównej problematyki. I tak dalej. Za dużo tego wszystkiego, czasami lepiej się ograniczyć. Cezary Albin nie potrafił, przez co potencjał (i emocjonalny, i fabularny) jego filmu został lekko zmarnowany. Po "Orkiestrze niewidzialnych instrumentów" w pamięci pozostaje kilka świetnie pomyślanych i wykonanych scen (przykładowo główny bohater dyrygujący orkiestrą bez instrumentów). I niewiele więcej. [DK]

Nędza

Niezależny film Filipa Rudnickiego "Nędza" to nie żadna nędza. Szczęśliwie, prezes cenionej w offowym światku grupy filmowej Butcher's Films, nie dał się położyć na łopatki ambitnemu zadaniu, z jakim zdecydował się zmierzyć. Jednocześnie, trudno po seansie popadać w hurraoptymizm.
Głosy wieszczące najazd filmowców-amatorów na profesjonalną produkcję filmową nad Wisłą już dawno przeszły do lamusa. Nie przeszkadza to młodym miłośnikom opowiadania kamerą realizować się w ten sposób. Niektórym udaje się uzyskać lepsze, innym gorsze rezultaty. Przykładem większej sprawności jest twórczość Butcher's Films, działającego w Krakowie kolektywu filmowego, od dobrych kilku lat zgarniającego nagrody na festiwalach kina offowego. Adam Uryniak, Przemysław Filipowicz czy Łukasz Bursa, wspierani przez szeroką grupę znajomych i przyjaciół, konsekwentnie realizują coraz bardziej rozbudowane formy filmowe, mierząc się już z kilkudziesięciominutowymi opowieściami (np . "Marta"). Próbę zaprezentowania swoich umiejętności w dłuższym filmie podjął teraz Filip Rudnicki, prezes BF, dotychczas ceniony, przede wszystkim, za "Zazdrość".
Startujący w Konkursie Kina Niezależnego festiwalu w Gdyni obraz "Nędza" to rozpisana na czterdzieści minut historia noszącej ukryte w tytule nazwisko wrednej nauczycielki imieniem Krystyna. Owa niemłoda już belferka z upodobaniem godnym lepszej sprawy goni obściskujących się - trzeba przyznać, że dość niewinnie - podlotków. W rzeczywistości pani Krystyna w twardej skorupie surowej i wymagającej strażniczki moralności skrywa osobowość na wskroś romantyczną. Potajemnie wzdycha do Janusza, również uczącego w tej samej szkole, z którym w młodości łączył ją przelotny (nawet bardzo!) romans. Kobieta, w następstwie tego wydarzenia, na lata uwięziła uczucia w kaftanie chłodu i zasadniczej postawy. Trauma sprzed kilku dekad nadal odbija się Nędzy intensywną czkawką. Jej życie de facto bez przesady określić można mianem "obrazu nędzy i rozpaczy" - pracoholizm nauczycielki sąsiaduje z dojmującą samotnością. Zauważalna gołym okiem jest również nieumiejętność funkcjonowania w świecie uczuć. Ucząc o poezji Leśmiana, kobieta nie potrafi otworzyć się na drugiego człowieka. Rudnicki sięgnął w "Nędzy" do literatury - pierwowzór stanowi opowiadanie pt. "Zianie", autorstwa Wojciecha Kuczoka. W wersji literackiej pojawiała się jedynie lakoniczna wzmianka o imprezie sprzed lat, w trakcie której coś połączyło Janusza i główną bohaterkę. Reżyser i twórca scenariusza w jednym poszedł dalej tym tropem, tworząc ,w oparciu o lapidarną informację, rozbudowaną retrospekcję, określającą dalsze losy Krystyny.
Czy opowiadanie Kuczoka udało się skutecznie przełożyć na materię filmu? Zdecydowanie tak, ale to cecha charakterystyczna twórczości tego pisarza. Jego słowa łatwo dają się odzwierciedlić w obrazie, bo literat, rozkochany zresztą w sztuce filmowej, nasyca swoje dokonania plastycznymi opisami detali i mikroobserwacjami, doskonale wybrzmiewającymi na ekranie. Innym pytaniem jest: czy adaptacja "Ziania" to dobry film? Na pewno widać progres - słabością produkcji BF była od zawsze strona operatorska i nieprzekonujące aktorstwo. Dopiero niedawno członkowie grupy otworzyli się szerzej w tych dwóch płaszczyznach na wsparcie z zewnątrz. Najzupełniej słusznie. Iwona Bielska, znana z horroru "Wilczyca", w roli Krystyny wnosi dużo, tworzy przekonujący portret. Ciekawie wypada też muzyka Janusza Grzywacza, kompozytora, szerzej kojarzonego dzięki hitowi "Młynek kawowy". Nie można też wrzucić "Nędzy" do worka z gagami filmowymi, co jest częstą sytuacją, jeśli chodzi o produkcje kina niezależnego, w których niedoświadczeni twórcy parodiują i korzystają ze znanych konwencji, rezygnując jednak z uposażenia filmu w - podstawowe dla filmowego opowiadania - narzędzie, czyli konflikt. Tutaj tragedia się pojawia, choć rozgrywa się w obrębie pierwszoplanowej postaci.
Tyle że nie da się ukryć, iż temu wszystkiemu towarzyszy tani psychologizm. Trudno uwierzyć w siłę sprawczą zdarzenia z młodości. Daleko mu do rangi prawdziwej traumy, a już na pewno nie sprawia takiego wrażenia. Reżyser pozostawia widza z poczuciem braku odpowiednich proporcji między wagą rzekomego koszmaru i jego wieloletnimi konsekwencjami. "Nie jest tak źle, choć mogłoby być lepiej" rymował przed kilkoma laty zapomniany już skład Peel Motyff. Właśnie ten refren powrócił do mnie po seansie najnowszej produkcji Butcher's Films. [LM]

15 fotografii

"15 fotografii" Franciszka Dzidy choć realizacyjnie dopracowany, to jednak fabularnie groteskowo przekombinowany. Opowiedziana w nim historia to w gruncie rzeczy niezrozumiały enigmatyczny twór, w którym widz musi mocno wytężyć swoją wyobraźnię, aby jakoś to wszystko sobie logicznie i z sensem poukładać. A łatwo nie jest. Bohater, mężczyzna w średnim wieku i cierpiącej interpretacji Piotra Machalicy  zaczyna podejrzewać swoją żonę o zdradę. Później jednak reżyser robi nagłą woltę, z której wynika, że żona umiera na raka. On zaczyna ostro pić i w tym momencie nie wiadomo już czy mamy do czynienia z zapisem alkoholowego delirium, czy faktycznym dramatem o rozczarowaniu życiem, zmarnowanej miłości, sprzeniewierzonych uczuciach. Łatwo się domyśleć, że w założeniu miała to być poważna rozprawa o… kryzysie wieku średniego, emocjonalnej indolencji i egzystencjalnym marazmie. Efekt? Raczej nokautujące kliszą, banałem i kiczowatymi wstawkami gawędzenie, aniżeli kino psychologicznie skondensowane. Można zrozumieć, a nawet uszanować autorskie prawo do własnej, nieskrępowanej wypowiedzi. Problem w tym, aby zechciał to jeszcze "kupić" widz. [AC]

Na granicy
Nastroju, a tym bardziej wrażenia nie poprawia też bardzo offowy obraz pod tytułem "Na granicy" Jolanty Budziak. Raczej tania publicystyka rodem z kolorowych magazynów dla gospodyń domowych. Najogólniej rzecz biorąc film przedstawia możliwie najgorszy scenariusz w życiu młodego małżeństwa we współczesnych realiach. Ich status społeczny, to klasa niżej niż średnia, choć jeszcze nie ostatnie doły. Dziewczyna pracuje w kuchni jakiegoś baru, zarabia tak, jak się zarabia w takich miejscach. Marzy o dziecku, na które młodej pary niestety nie stać. Na domiar złego nie dość, że życie podłe, bez perspektyw i kolorów, to jeszcze wpada ona w oko sadystycznemu, chamskiemu szefowi, który gwałci ją w łazience. Gdyby tego było mało mąż traci pracę. Sytuacja wydaje się bez wyjścia. Podobnie zresztą zachowuje się twórczyni tego tendencyjnego dzieła, która kończy to wszystko w pół zdania czyli nijak i bez wyraźnej, wnoszącej coś nowego puenty. Ambicje spore, ale pomysł żaden. Raczej irytuje niż przejmuje. Krótko, wszystko to na granicy wytrzymałości - dosłownie! [AC]

/info:www.stopklatka.pl; Dariusz Kuźma, Lech Moliński, Artur Cichmiński/

 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 499