|
Między innymi o kinematografii rozmawiano podczas dorocznego Kongresu Kultury Polskiej, który w dniach 23-25 września odbył się w Krakowie. W sympozjum zatytułowanym "Do czego jest nam potrzebne kino? Kondycja filmu polskiego i szanse polskiej kinematografii" udział wzięli prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich Jacek Bromski, reżyser Krzysztof Krauze, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Agnieszka Odorowicz, reżyserka Małgorzata Szumowska oraz krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski.
Moderacją panelu dyskusyjnego zajął się krytyk i historyk filmu Tadeusz Lubelski. Przed rozpoczęciem debaty, profesor Tadeusz Kowalski przybliżył podstawowe aspekty swojego raportu o stanie kinematografii polskiej. Jego skróconą wersję opublikowaliśmy. Punktem wyjścia dla toczącej się dyskusji okazał się tegoroczny festiwal filmowy w Gdyni. Rozmówcy często powoływali się na jego wysoki poziom, a podkreślając dokonującą się przemianę rodzimej kinematografii, wyrazili nadzieję, iż nowe pokolenie filmowców przyczyni się do wzmożonej transgresji polskiego kina. Podkreślano także konieczność postrzegania kina współczesnego jako odrębnego rozdziału w stosunku do największych sukcesów naszej kinematografii sprzed kilku dekad. "Gdy z nostalgią porównujemy kino tworzone w wolnej Polsce z filmami realizowanymi u nas w latach sześćdziesiątych, często nie bierzemy pod uwagę, iż żyjemy już w kompletnie innym świecie i społeczeństwie" - zaznaczył Tadeusz Sobolewski. "Dziś potrzebne jest kino, które nazwałbym wywrotowym, kino z duszą, filmy dotykające punktów, o których nie chcemy mówić, filmy kwestionujące społeczne komunały" - dodał krytyk. Śmiało zgodziła się z nim Małgorzata Szumowska, autorka "33 scen z życia", obrazu w nietypowy dotykającego sfery społecznego tabu - śmierci. "Spotykam się wśród twórców z ogromnym konformizmem. Często wynika on ze strachu, że poruszając tematy, o których tak marzymy: wywrotowe i kontrowersyjne, nie dostaniemy funduszy na film" - podkreśliła reżyserka. Szumowska zaznaczyła też, że młodym, utalentowanym filmowcom często brak odpowiednich autorytetów, a jej osobiście - wsparcia i opieki ze strony struktur zarządzających. Na tym tle doszło zresztą do niewielkiej scysji między Szumowską, a Jackiem Bromskim. Podczas, gdy reżyserka zaapelowała o obecność w środowisku filmowym script doctoringu, który nadzorowałby logiczną i ideową wymowę powstających scenariuszy, Bromski stwierdził, że takim doradztwem służyć mogą... producenci. Szumowska przychyliła się tym samym do postulatu Sobolewskiego - walki o treść; zażegnania martyrologiczno-dydaktycznych aspektów wciąż obecnych w naszej kinematografii. "Brakuje w naszym kinie odejścia od utartych standardów, mocnej bezkompromisowości" - dodała reżyserka, powołując się na prowokacyjne tytuły z europejskiego podwórka: "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" Cristiana Mungiu czy "Białą wstążkę" Michaela Haneke. Agnieszka Odorowicz stwierdziła z kolei: "Problemem nie jest już brak szans i pieniędzy, a znalezienie odpowiedniej publiczności. Dla kogo ma powstawać kino, kto ma być jego adresatem?". Odorowicz nawiązała tym samym do przeprowadzonej wspólnie z Filmweb.pl ankiety, adresowanej do 550 najbardziej aktywnych użytkowników portalu. "Wyniki wskazują na szeroki rozstrzał zapotrzebowań" - stwierdziła - "a jednocześnie potwierdzają, że przeciętny widz wybiera, to co ma pod ręką". Odorowicz podkreśliła też niedostateczną rolę polskich mediów w promocji kina - "Tylko 15% respondentów sugeruje się przy wyborze rodzimego filmu recenzjami. Ten sam odsetek przepytywanych polega na opiniach znajomych, osób zaufanych" Wyniki ankiety znajdują się. Czy powyższa debata coś zmieni, wpłynie na zmianę obecnych tendencji? Trudno powiedzieć. Dyskutanci nie zaproponowali właściwie żadnego rozwiązania, a jako argumentów użyli dobrze znanych faktów - rozwarstwienia struktury kina, potrzeby treści, wsparcia ze strony struktur zarządzających, jednocześnie pokrywając wszelkie zagadnienia bezpiecznym płaszczykiem świeżo zakończonego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Na jego udanym przebiegu, rozmówcy oparli nadzieję na szanse kinematografii w podejmowaniu trudnych tematów i dotarciu do odpowiednich grup odbiorców. I tylko głos z publiczności, zarzucający filmom "Wojna polsko-ruska" i "Galerianki"… promowanie szkodliwych wzorców, sugeruje, że być może największą bolączką współczesnego kina polskiego nie jest kompromisowość twórców, czy niesprecyzowane zapotrzebowania potencjalnego widza, a widz sam w sobie - niechętny eksperymentom, niegotowy na wywrotowość treści, mający problemy z jej interpretacją.
/info:www. stopklatka,pl/ |