|
W lutowym numerze miesięcznika "Kino" można znaleźć wywiad z Grzegorzem Lipcem. Tematem jest wyjście z offu ku profesjonalnemu kinu, do jakiego przymierza się założyciel Sky Piastowskie. Na podobny ruch zdecydował się niegdyś Piotr Matwiejczyk , który jednak nie zdołał przebić się do regularnej dystrybucji z żadnym spośród swoich filmów. Szans na to nie ma również "Piotrek Trzynastego", ale w parodii amerykańskich horrorów da się odnaleźć lekką bryzę świeżości.
Dominik i Piotr Matwiejczykowie z kopyta wyruszyli ku wielkiej karierze. Lata 2003, 2004 i 2005 to czas ich bezapelacyjnej dominacji w nurcie kina niezależnego. "Bolączka sobotniej nocy" czy "Krew z nosa" Dominika, "Dzieci w kukurydzy" czy "Emilia" Piotra, deklasowały konkurentów w eksplodującym, wraz z upowszechnieniem kamer cyfrowych, kinie offowym. Nie wolno zapominać, że były to czasy szczególnego marazmu również w profesjonalnej kinematografii, produkowano niewiele filmów, a debiutanci mieli znikome szanse na realizację pełnometrażowej fabuły. Powiew świeżości przyszedł z podwrocławskiej wsi. Branżowa prasa z nadzieją i zainteresowaniem spoglądała w stronę amatorskiego, pełnego niedoróbek, kina, stanowiącego jakąś propozycję dla widza. Miały być salony, rewolucja naszej kinematografii, ale odsiecz dla zastałej produkcji filmowej nie przyszła ostatecznie z offu, tylko od państwa, w postaci Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który skutecznie rozhulał kinowy biznes nad Wisłą.
Różnie potoczyły się też losy dwójki braci. Dominikowi udało się trafić na ekrany kin w całej Polsce, dzięki "Krótkiej histerii czasu". Jednak komedia science fiction nie zaskoczyła, narzekano na niedostatki realizacyjne i miałkość scenariusza. Później przyszły realizacje telewizyjne, praca przy serialach "Pitbull" i "Pierwsza miłość", przeplatane wyskokami do, nieskrępowanej takim rygorem, produkcji niezależnej. Piotr obrał inną ścieżkę, nie zdecydował się nawet na najmniejszy flirt z telewizją. Wolał realizować kilka filmów rocznie, nawet jeśli pozostawały one skryte przed publicznością. Etatowy parodysta polskiego offu zwrócił się ku znacznie poważniejszym tematom, porzucając zabawę kinem, ośmieszanie amerykańskich filmów gatunków na rzecz psychodram, takich jak: "Homo Father", "Wstyd", "Pamiętasz mnie?" czy "Na boso". Dwa pierwsze z wymienionych tytułów spotkały się z relatywnie dobrym przyjęciem. Opowieść o gejach, pragnących wychowywać dziecko, była odważna w wyborze tematu i przypadła do gustu także widzom poza granicami naszego kraju. Mimo upływu kilku lat wciąż nie doczekaliśmy się podobnej próby w rodzimym kinie głównego nurtu. "Wstyd" z Marcinem Dorocińskim i Arturem Barcisiem w obsadzie zwyciężył w konkursie kina polskiego podczas Ery Nowych Horyzontów, ale po dziś dzień ta decyzja jury jest powszechnie uznawana za poważną pomyłkę. Później było już jednak gorzej i wkrótce młodszy Matwiejczyk musiał zrewidować założenie przyjęte gdzieś w okolicach realizacji "Wstydu" o niewysyłaniu swoich filmów na festiwale kina niezależnego.
"Piotrek Trzynastego" zdaje się potwierdzać, że w twórczości Piotra Matwiejczyka dokonał się pewien zwrot. Reżyser niejako powrócił do korzeni. Po komedii "Kup teraz", gdzie wespół z Dawidem Antkowiakiem pojawił się w roli głównej, nakręcił parodię amerykańskich horrorów dla nastolatków. Po drodze trafiła się "Smutna", ale potraktujmy to jako niewiele znaczący epizod. "Piotrek Trzynastego" czerpie garściami z hollywoodzkich slasherów. Na ekranie znajdziemy czytelne nawiązania do "Koszmaru z ulicy Wiązów" i "Piątku trzynastego", a także odwołania do charakterystycznych dla gatunku motywów - domek na odludziu, do którego przyjeżdżają na weekend młodzi bohaterowie, a wśród nich nie brak z gruntu niesympatycznych idiotów (prym wiedzie tutaj Weronika Rosati).
Matwiejczyk nie ma jednak zamiaru tworzyć polskiego slashera. Próbuje z doskonale kojarzonych klasyków gatunku się pośmiać. Kluczowe w tym przypadku pytanie: Jak mu wychodzi? Otóż: bardzo różnie. Dowcip w filmie nie należy do szczególnie wyszukanego humoru. Spotykamy sporo slapstickowych gagów, którym termin przydatności do wykorzystania na ekranie minął dobre pół wieku temu. Poziom dowcipów często sięga wysokich stadiów przewidywalności, a aktorzy nie zawsze potrafią swoimi umiejętnościami wybronić wielokrotnie ograny żart. Właściwie tylko Piotr Matwiejczyk, który gra jednego z głównych bohaterów, swoim vis comica ratuje dużo średniej jakości gagów. Widz spodziewa się przebiegu rozmowy ze spotkanym podczas podróży autostopem na Mazury Mirosławem Baką . Okazuje się, że przewidywania odnośnie ewolucji zaistniałej sytuacji są słuszne, ale Matwiejczyk umiejętnie wygrywa nawet śladowe ilości komediowego potencjału sceny. Czyni tak niejednokrotnie, któryś już raz potwierdzając, że posiada predyspozycje do gry w komediach. Jednak nie można powiedzieć, żeby "Piotrek Trzynastego" był usiany podobnymi perełkami. Jeszcze dwa epizodyczne występy zasługują na pochwałę. Eryk Lubos , jako morderca z koszmarów, wypisz wymaluj Freddie Krueger, szczególnie w otwierającej film scenie, autentycznie bawi i potrafi doprowadzić gag do końca. Podobnie Wojciech Mecwaldowski , który z Marcinem Dorocińskim i Mirosławem Baką tworzy tercet samozwańczych szeryfów, próbujących pojmać mordercę. Mecwaldowski pojawia się na kilka minut, ale przez ten czas skupia na sobie uwagę i nie przekracza granicy śmieszności, co - niestety - przytrafia się Dorocińskiemu, ocierającego się u Matwiejczyka o niezamierzoną autoparodię.
Swoje wcześniejsze ekranowe wygłupy powiela Cezary Pazura , a mniej znanym szerszej publiczności aktorom pierwszoplanowym z trudem przychodzi rozgrywanie scen komediowych. Wydaje się, przyczyna leży w reżyserii. Piotr Matwiejczyk miewa problemy z inscenizacją scen i odpowiednim rozłożeniem akcentów. Bardzo widoczne te niedociągnięcia były w próbach dramatycznych, ale również w komedii wydaje się, że twórca nie zawsze potrafi dobrze skonstruować swoje założenia na papierze, a także przełożyć je na filmową rzeczywistość. W efekcie "Piotrek Trzynastego" rozbija się na zbiór gagów, dowcipasów i żartów, lotów raczej niższych niż wyższych. W ten sposób brakuje dwóch podstawowych elementów, które mogłyby zadecydować o sukcesie filmu. Mamy niedostatek intertekstualnych dowcipów, czego nie rekompensuje wciągająca historia i sympatyczni bohaterowie. Przez cały seans trudno mówić o jakimkolwiek napięciu, a postaci są bardzo stereotypowe. Ostatnie jest poniekąd wytłumaczalne konwencją parodystyczną, jednak gdy zawodzą pozostałe elementy narracyjno-realizacyjne, chciałoby się chociaż utożsamić z bohaterami.
W zasadzie najnowsze dokonanie Matwiejczyka można by zestawić z serią "Straszny film". Cel i praktyki są podobne, choć efekty należy oceniać, zachowując odpowiednie proporcje między ogólnoświatowym hitem i niezależną komedią, wyświetlaną w jednym wrocławskim kinie podczas jednego, jedynego weekendu. Dość nieoczekiwanie pojawia się również punkt wspólny między "Piotrkiem Trzynastego" i "Kołysanką" Juliusza Machulskiego, od minionego piątku graną w całej Polsce. Obaj twórcy zapuścili się na obszar kina grozy, rzadko eksplorowane w rodzimej kinematografii. W jednym i drugim przypadku reżyserzy zdecydowali się podjąć temat w tonacji komediowej, a ponadto ulokować akcję na Mazurach. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Uczłowieczone wampiry Machulskiego jeszcze minimum kilka tygodni będą osiągalne dla polskiej widowni, a projekt Matwiejczyka powoli będzie odchodził w zapomnienie, podróżując jeszcze po offowych festiwalach i specjalnych pokazach na Dolnym Śląsku. Jednak słusznym krokiem wydaje się zwrot Piotra ku komedii. Ewidentnie w tych obszarach, wychowany na amerykańskim kinie gatunkowym, zgrywus porusza się sprawniej.
/źródło:www.stopklatka.pl autor:Lech Moliński/ |