|
"Kiedy poczuję, że jestem wygwizdywany powszechnie, na pewno przestanę realizować filmy, bo twórczość jest wielkim wysiłkiem. Wciąż jednak pcha mnie do przodu niegasnące pragnienie, żeby coś jeszcze powiedzieć" - wyznał Krzysztof Zanussi w krakowskim Kinie Pod Baranami, gdzie w niebieskiej sali odbywała się projekcja jego najnowszego filmu, "Rewizyta" . Poniżej rozmowa z twórcą.
Podczas rozmowy przy herbacie
reżyser przyznał, że prowadził partyzancką kontestację teorii Jacques'a
Derridy, opowiedział o tym, czym pogardza, a co niezmiennie ceni.
Stwierdził, że wyrosła ostatnio na gruncie polskiej kinematografii idea
Restartu polskiego kina jest nikomu niepotrzebna, a sztuka z wyższej
półki, choć "zawsze miała skłonność do sklerozy, często usztywnia się i
martwieje" - powinna zawsze interesować nas najbardziej.
Anna Bielak: Witek w "Rewizycie" nic nie wie, bo żyje w czasach
postmodernizmu, szuka odpowiedzi na pytania dotyczące życia u
przedstawicieli poprzednich pokoleń. Mam wrażenie, że pana film to nie
tyle powrót do przeszłości, ile wyraźna krytyka teraźniejszości. Krzysztof Zanussi: Bez
wątpienia aspekt krytyczny tego rodzaju jest w filmie i jest on dla mnie
bardzo ważny - szczególnie, że postmodernizmu nie cierpię, czemu daję
wyraz zarówno w słowach jak i w wyborach artystycznych. Uważam, że dla
bardzo wrażliwych młodych ludzi dzisiaj czasy są trudniejsze niż kiedyś,
ponieważ wybory, przed którymi stają są mniej wyraziste, a tęsknota za
ideałem nadal bardzo wielka. Oczywiście mój bohater jest swojego rodzaju
karykaturą współczesnego młodego człowieka, to nie jest chłopak typowy w
powszechnym rozumieniu tej kategorii. Witek to jeden z nadwrażliwców,
którzy nie umieją stawić czoła dzisiejszemu wyścigowi szczurów.
Kim jest dziś młody człowiek?
Ludzie są rozmaici, nie sposób wymienić kilku jednoznacznych cech
definiujących wszystkich. Ja osobiście cenię bohaterów, którzy potrafią
iść własną drogą; nie są produktem wielkiej, masowej maszyny
wytwarzającej człowieka średniego. Zawsze był on i będzie postacią
nieciekawą. Szukam człowieka wyjątkowego w czynie, dzięki swojej inności
potrafiącego wyróżniać się na tle masy.
W "Barwach ochronnych" docent Jakub Szelestowski mówi: Albo są
jakieś zasady, albo ich nie ma. Jakie zasady panują obecnie?
Zasady od zawsze są takie same, nigdy się nie zmieniły,
przemianie uległo tylko ich zastosowanie. Pewne rzeczy nieco inaczej
funkcjonują w obecnej przestrzeni społecznej. W czasie komuny pracowałem
na zachodzie, byłem biedny jak mysz kościelna, ale dumny z tego, że
nigdy nie przyjąłem propozycji zrobienia reklamy. Tymczasem w ostatnich
latach byłem niedaleki zmiany powziętej wówczas decyzji. Zdałem sobie
sprawę, że wokół mnie jest zbyt wielu ludzi potrzebujących finansowego
wsparcia, zbyt wiele kosztownych operacji czeka na przeprowadzenie, jest
mnóstwo stypendiów, które można ufundować, żeby komuś zapewnić studia,
by kierować się osobistą awersją do tego rodzaju twórczości. Fakt, że
pogardzam reklamą nie powinien być przeważający w takich
okolicznościach. Ostatecznie co prawda jej nie zrobiłem, ale przyczyniły
się do tego losowe wypadki, które przekreśliły realizację projektu.
Nie zmienia to faktu, że byłem gotowy się złamać mimo tylu lat trwania
przy swoich ideałach. Przykład ten obrazuje, że zasady są te same, tylko
warunki nieco inne. One zaś mogą zmienić perspektywę, z której
postrzegamy pewne sprawy.
Powiedział pan, że za zdradę ideałów płaci się zawsze cenę
najwyższą (…) nie można żyć bez świętości. Czym są świętości?
Tym samym, co dawniej. Życie jest święte. Miłość jest święta.
Wierzę w to wszystko i uważam, że żadna z tych rzeczy nie uległa
zmianie. Od czasu, kiedy ludzkość wyszła z jaskini, usiłuje duchowo
wznosić się coraz wyżej. Wygląda to co prawda ciągle inaczej, ale sedno
sprawy wciąż jest takie samo.
Ta nasuwa mi wspomnienie głównego bohatera filmu "Constans". Pamiętam
też, że powiedział pan, iż w pana filmach jest kolekcja patriarchów,
wszystko to są karykatury ojca. Kreczmar w "Życiu rodzinnym" mówi jego
zdaniami, które pan zapisywał. Próbował pan pokazać coś z manieryzmu
ojca. On siebie jednak w tych filmach nie rozpoznawał. Dystansował się
od tych postaci. Uważał je za śmieszne. Jaki stosunek pan ma do
swoich postaci? Rozpoznaje pan siebie w nich? Utożsamia się pan z nimi?
Rozwiązuje własne moralne problemy za ich pośrednictwem?
Moralne dylematy jawią się nieco inaczej w filmach niż w moim
życiu. Jednak na pewno większość moich bohaterów to jestem ja -
rozpisany na głosy. Tak było od początku, już w "Strukturze kryształu" dwóch spierających
się ludzi to byłem ja rozdarty między swoje własne dwie natury, z
których jedna była skupiona, kontemplacyjna, druga czynna, zdobywcza.
Dlaczego nie dopowiada pan w "Rewizycie" losów tamtych postaci?
Zapewne dlatego, że ich losom trudno byłoby coś dopisać. Poza tym
"Struktura kryształu" to film czarno-biały. Mnie zaś bardzo cieszyła
ciągłość techniki i wolałbym, żeby wszystkie filmy pozostały kolorowe.
Barwa sprawia, że nie czuje się upływu czasu.
Zatrzymajmy się w takim razie na obrazie filmowym. Dlaczego Witek
przeprowadza wywiady z kamerą? Przecież w ten sposób multiplikuje pan
przestrzeń, miesza fikcję z rzeczywistością, dekonstruuje świat…
…i kpię z takiego świata! Posługuje się środkami typowymi dla
postmodernizmu, żeby je wyśmiać. Ten sam chwyt zastosowałem w "Sercu na
dłoni". Mówię o tym i dzięki temu mogę wykorzystywać taką konwencję do
zabawy. Uważam, że postmodernizm ma swoje wielkie zasługi w naruszeniu
pewności i ojcobójstwie (wyrasta z marksizmu, który potem morduje), ale w
potocznym rozumieniu postmodernizm jest tylko nieodpowiedzialnym,
dziecinnym relatywizmem. Żadne działania nie mają konsekwencji. Tragizm,
który ujawniali ludzie poprzedniej epoki był sensowny, ponieważ oni
wyciągali z niego wnioski - wspomnijmy choćby egzystencjalistów. Postmodernizm głosi absurd, ale
traktuje go frywolnie. To jest niegodne, podłe, tak nie wolno. Zdarzyło
mi się wykładać na jednym uniwersytecie z Jacques'em Derridą. Mieliśmy
zajęcia w sąsiadujących salach. Kiedy studenci wychodzili z jego
wykładów i przychodzili na moje, mówiłem im na wstępie: "Nie wierzcie
tamtemu panu". Niektórzy z nich zdobyli się na refleksję i uwierzyli
mnie.
Mnóstwo filmów powstających obecnie opiera się na zasadzie
dekonstrukcji narracji, obrazu, tożsamości bohatera. Czy Pana zdaniem
kino podąża w niewłaściwym kierunku?
Nie stawiałbym tak radykalnej tezy. Niektórym się to podoba. Ja
sam bardzo chętnie obejrzę jeden z filmów Quentina Tarantino (jeden
wystarczy, żebym wiedział wszystko na temat innych). Jego kino mnie
bawi, kiedy wiem, o co chodzi. Zgódźmy się jednak z tym, że dialogu ze
światem nie można stale prowadzić prześmiewczo.
A jak odbiera pan "Wojnę polsko-ruską" ? Wiem, że chciał
ją pan obejrzeć, mimo że dekonstrukcja jest w niej widoczna niemal na
każdym polu.
Zdecydowanie wolę literacki pierwowzór, ale rozumiem charakter
tego filmu - jego wydźwięk jest przykry, ale i tekst stanowi swoisty
obraz nędzy ludzkiej. "Wojna…" skłoniła mnie jednak do refleksji, że
łatwo przełykamy fascynację ludzką głupotą i podłością. Rzeczywistość
jest czasem wstrętna, ale czasami też wyrasta z niej coś nadzwyczajnego,
nie zapominajmy o tym.
Ostatnio wyrosła nam przed oczami idea Restartu Polskiego Kina. Co
pan o niej sądzi?
To tylko zawracanie głowy, powtarzanie zabiegów, które
socjologicznie rzecz ujmując były i są przerabiane od czasów Nowej Fali.
Nie traktuję tego poważnie. Chcę zobaczyć utalentowanych młodych ludzi,
a im Restart do niczego nie jest potrzebny. Kontynuacja dawnych wątków
powinna być największą wartością współczesnego kina. Zresztą warto
zauważyć, że dziś większość filmów, które się sprzedaje, to produkcje
zbliżone do tych, które robiono przed wojną - mam na myśli przede
wszystkim komedie romantyczne. "Och, Karol" możemy bez problemu postawić
na tej samej półce, co film "Ada! To nie wypada!" Konrada Toma.
Tym sposobem kino krąży wciąż w tych samych rejonach zamiast
przełamać skostniałe schematy.
Nie mówimy tu o wysokiej kulturze tylko określonych rejonach
społecznych, które ktoś musi obsłużyć. Lepiej, że zajmuje się tym
produkcja krajowa niż dystrybutorzy importujący filmy z zachodu.
Co z krytykami i literatami? Nie uważa pan, że ich współpraca z reżyserami zaowocuje realizacją produkcji, którym będzie daleko do
popkulturowej papki, którą karmią nas twórcy tanich komedii?
Nie sądzę, żeby polscy literaci, jakich znam, mieli jakikolwiek
pozytywny wpływ na kino. Pani Katarzyna Grochola czy pani Manuela
Gretkowska są często zapraszane do współpracy z filmowcami, ale wynika z
niej to samo, co z ich powieści, czyli niewiele. Pani Dorota Masłowska
jest moim zdaniem dużo bardziej interesującą pisarką, choć w swoich
powieściach pokazuje świat zupełnie mi obcy. Bardzo cenię też pana
Wojciecha Kuczoka - to jest autor, którego czytam z uwagą i
przyjemnością. Kino przy-literackie jest oczywiście z reguły
kulturalniejszym kinem, tylko że nasza kultura nie jest dziś specjalnie
kulturalna.
Powiedział pan, że świat Doroty Masłowskiej jest panu obcy. Jaki jest
wobec tego pana świat? Jak się zmienił?
Mój świat jest dokładnie taki, jaki zobaczyć można w moich
filmach. Zapełniają go zwyczajni ludzie, uchwyceni w czasie poszukiwania
absolutu, targani przez nietypowe rozterki, decydujący się na
ekstremalne rozwiązania. Wszystkie elementarne wyznaczniki zostały
nienaruszone przez formę jaką obecnie przybrała kultura. Ja tak samo jak
dawniej przeżywam emocje duchowe i fizyczne. Każde pokolenie żyje
złudzeniem, że żyje w jakichś nadzwyczajnych czasach, tymczasem świat
jest zawsze tak samo zwyczajny. Myślę, że trzeba się trzymać tego, co
trwałe, nie przejmować się tym, co uległo zmianom.
W filmie "Constans" pada mimochodem
bardzo interesująca kwestia: Nawet kościół boi się mówić o śmierci.
Pan nie miał w sobie zahamowań w tym względzie. Dlaczego?
Myślę, że to dobre pytanie, które powinienem sam zadać
psychoanalitykowi, który chciałby się mną zająć. Jestem dzieckiem wojny,
więc być może wpłynęła na to ciągła ekspozycja na śmierć, która jest
czymś nienaturalnym dla dziecka. Tylko, czy to naprawdę miało takie
znaczenie? Psychoanaliza Freuda nie nadaje się do interpretacji moich
snów. Niemniej świadomość śmiertelności towarzyszy mi odkąd pamiętam.
Wokół mnie ginęli ludzie, a ja zadawałem sobie ciągle pytanie, dlaczego
pocisk nie trafia we mnie?
Marcin Koszałka zrobił niedawno "Istnienie" i "Śmierć z ludzką twarzą" . Nie dzieli z
panem na pewno doświadczeń,
o których pan wspominał. Uważa pan, że śmierć w jego wydaniu stała się
czymś o charakterze pornograficznym?
Wątek śmierci u pana Koszałki powraca niemal obsesyjnie, ale nie
wytropiłem w nim bezwstydu. Szanuję jego obsesję. Rzeczywiście lawiruje
on na krawędzi, jednak jej nie przekracza.
Pisał pan, że sztuka nie może przeżyć bez pytań o sens istnienia,
cierpienia, miłości. Pole, na którym przegrywa kino jest tym samym, na
którym przegrywają wszystkie inne dziedziny sztuki. Czy uważa Pan, że
współczesne kino nie zadaje pytań tego typu? Czym w takim razie karmi
widzów?
Bez wątpienia papką! Z definicji jest nią zresztą cała
popkultura. To świat miękki i łatwy, świat pozorów - ale i świat, który
najłatwiej się sprzedaje i poddaje regułom rynku. Nastąpiła ogromna
rewolucja społeczna. Mamy obecnie do czynienia z niebywałym awansem
ogromnej rzeszy ludzi wywodzących się z niższych klas. Starzy
inteligenci popełniają błąd nie dostrzegając tego procesu. Nowa klasa
średnia wyłania się z mroku, tworzą ją ludzie ciemni, zagubieni.
Wchodząc w obręb kultury otwierają oni przed sobą najgorsze drzwi - to
widzowie seriali telewizyjnych, to czytelnicy marnych powieści, którzy
wcześniej nie oglądali niczego pozytywnego, nie czytali. Wielką rzeszę
ćwierć i półinteligentów trzeba jednak docenić, bo stanowią ogromną
siłę. Ich awans pociągnął kulturę wysoką ku nizinom. Sztuka z wyższej
półki zawsze miała skłonność do sklerozy, często usztywnia się i
martwieje. Nastąpiła wymiana,
nie ma ona jednak nic wspólnego ze zmieszaniem porządku wysokiego z
niskim. Kultura zawsze będzie podzielona na wysoką i niską, to co
najwyższe niezmiennie powinno interesować najbardziej. Większość jest
zawsze w błędzie, większość wszystko robi gorzej. Średnia jest zawsze
marna.
Kiedy Krzysztof Kieślowski wycofywał się z dalszej kariery,
powiedział mu pan, że tak nie można, że trzeba czekać, aż zostanie się
ostatecznie wygwizdanym. Pan na to czeka?
Ja byłem już wygwizdany niejednokrotnie. Kiedy poczuję, że jestem
wygwizdywany powszechnie, na pewno przestanę realizować filmy, bo
twórczość jest wielkim wysiłkiem. Wciąż jednak pcha mnie do przodu
niegasnące pragnienie, żeby coś jeszcze powiedzieć. Dla samej chwały czy
tym bardziej pieniędzy niczego bym już nie robił. Jest jednak jeszcze kilka rzeczy, które
chciałbym wyartykułować lepiej i będę o to walczył. Ostatnie lata w
Polsce były dla mnie bardzo trudne. Odczułem mnóstwo ludzkiej niechęci,
choć nie spodziewałem się, że coś takiego jeszcze mnie spotka. Na
szczęście są jeszcze miejsca na świecie, gdzie jestem doceniany, więc
nie czuję, że nadszedł moment zejścia ze sceny.
Bardzo dziękuję za rozmowę. (Anna Bielak)
Filmowa Góra za www.stopklatka.pl
Podczas rozmowy przy herbacie
reżyser przyznał, że prowadził partyzancką kontestację teorii Jacques'a
Derridy, opowiedział o tym, czym pogardza, a co niezmiennie ceni.
Stwierdził, że wyrosła ostatnio na gruncie polskiej kinematografii idea
Restartu polskiego kina jest nikomu niepotrzebna, a sztuka z wyższej
półki, choć "zawsze miała skłonność do sklerozy, często usztywnia się i
martwieje" - powinna zawsze interesować nas najbardziej.
Anna Bielak: Witek w "Rewizycie" nic nie wie, bo żyje w czasach
postmodernizmu, szuka odpowiedzi na pytania dotyczące życia u
przedstawicieli poprzednich pokoleń. Mam wrażenie, że pana film to nie
tyle powrót do przeszłości, ile wyraźna krytyka teraźniejszości.
Krzysztof Zanussi: Bez wątpienia aspekt krytyczny tego rodzaju
jest w filmie i jest on dla mnie bardzo ważny - szczególnie, że
postmodernizmu nie cierpię, czemu daję wyraz zarówno w słowach jak i w
wyborach artystycznych. Uważam, że dla bardzo wrażliwych młodych ludzi
dzisiaj czasy są trudniejsze niż kiedyś, ponieważ wybory, przed którymi
stają są mniej wyraziste, a tęsknota za ideałem nadal bardzo wielka.
Oczywiście mój bohater jest swojego rodzaju karykaturą współczesnego
młodego człowieka, to nie jest chłopak typowy w powszechnym rozumieniu
tej kategorii. Witek to jeden z nadwrażliwców, którzy nie umieją stawić
czoła dzisiejszemu wyścigowi szczurów.
Kim jest dziś młody człowiek?
Ludzie są rozmaici, nie sposób wymienić kilku jednoznacznych cech
definiujących wszystkich. Ja osobiście cenię bohaterów, którzy potrafią
iść własną drogą; nie są produktem wielkiej, masowej maszyny
wytwarzającej człowieka średniego. Zawsze był on i będzie postacią
nieciekawą. Szukam człowieka wyjątkowego w czynie, dzięki swojej inności
potrafiącego wyróżniać się na tle masy.
W "Barwach ochronnych" docent Jakub Szelestowski mówi: Albo są
jakieś zasady, albo ich nie ma. Jakie zasady panują obecnie?
Zasady od zawsze są takie same, nigdy się nie zmieniły,
przemianie uległo tylko ich zastosowanie. Pewne rzeczy nieco inaczej
funkcjonują w obecnej przestrzeni społecznej. W czasie komuny pracowałem
na zachodzie, byłem biedny jak mysz kościelna, ale dumny z tego, że
nigdy nie przyjąłem propozycji zrobienia reklamy. Tymczasem w ostatnich
latach byłem niedaleki zmiany powziętej wówczas decyzji. Zdałem sobie
sprawę, że wokół mnie jest zbyt wielu ludzi potrzebujących finansowego
wsparcia, zbyt wiele kosztownych operacji czeka na przeprowadzenie, jest
mnóstwo stypendiów, które można ufundować, żeby komuś zapewnić studia,
by kierować się osobistą awersją do tego rodzaju twórczości. Fakt, że
pogardzam reklamą nie powinien być przeważający w takich
okolicznościach. Ostatecznie co prawda jej nie zrobiłem, ale przyczyniły
się do tego losowe wypadki, które przekreśliły realizację projektu.
Nie zmienia to faktu, że byłem gotowy się złamać mimo tylu lat trwania
przy swoich ideałach. Przykład ten obrazuje, że zasady są te same, tylko
warunki nieco inne. One zaś mogą zmienić perspektywę, z której
postrzegamy pewne sprawy.
Powiedział pan, że za zdradę ideałów płaci się zawsze cenę
najwyższą (…) nie można żyć bez świętości. Czym są świętości?
Tym samym, co dawniej. Życie jest święte. Miłość jest święta.
Wierzę w to wszystko i uważam, że żadna z tych rzeczy nie uległa
zmianie. Od czasu, kiedy ludzkość wyszła z jaskini, usiłuje duchowo
wznosić się coraz wyżej. Wygląda to co prawda ciągle inaczej, ale sedno
sprawy wciąż jest takie samo.
Ta nasuwa mi wspomnienie głównego bohatera filmu "Constans". Pamiętam
też, że powiedział pan, iż w pana filmach jest kolekcja patriarchów,
wszystko to są karykatury ojca. Kreczmar w "Życiu rodzinnym" mówi jego
zdaniami, które pan zapisywał. Próbował pan pokazać coś z manieryzmu
ojca. On siebie jednak w tych filmach nie rozpoznawał. Dystansował się
od tych postaci. Uważał je za śmieszne. Jaki stosunek pan ma do
swoich postaci? Rozpoznaje pan siebie w nich? Utożsamia się pan z nimi?
Rozwiązuje własne moralne problemy za ich pośrednictwem?
Moralne dylematy jawią się nieco inaczej w filmach niż w moim
życiu. Jednak na pewno większość moich bohaterów to jestem ja -
rozpisany na głosy. Tak było od początku, już w "Strukturze kryształu" dwóch spierających
się ludzi to byłem ja rozdarty między swoje własne dwie natury, z
których jedna była skupiona, kontemplacyjna, druga czynna, zdobywcza.
Dlaczego nie dopowiada pan w "Rewizycie" losów tamtych postaci?
Zapewne dlatego, że ich losom trudno byłoby coś dopisać. Poza tym
"Struktura kryształu" to film czarno-biały. Mnie zaś bardzo cieszyła
ciągłość techniki i wolałbym, żeby wszystkie filmy pozostały kolorowe.
Barwa sprawia, że nie czuje się upływu czasu.
Zatrzymajmy się w takim razie na obrazie filmowym. Dlaczego Witek
przeprowadza wywiady z kamerą? Przecież w ten sposób multiplikuje pan
przestrzeń, miesza fikcję z rzeczywistością, dekonstruuje świat…
…i kpię z takiego świata! Posługuje się środkami typowymi dla
postmodernizmu, żeby je wyśmiać. Ten sam chwyt zastosowałem w "Sercu na
dłoni". Mówię o tym i dzięki temu mogę wykorzystywać taką konwencję do
zabawy. Uważam, że postmodernizm ma swoje wielkie zasługi w naruszeniu
pewności i ojcobójstwie (wyrasta z marksizmu, który potem morduje), ale w
potocznym rozumieniu postmodernizm jest tylko nieodpowiedzialnym,
dziecinnym relatywizmem. Żadne działania nie mają konsekwencji. Tragizm,
który ujawniali ludzie poprzedniej epoki był sensowny, ponieważ oni
wyciągali z niego wnioski
- wspomnijmy choćby egzystencjalistów. Postmodernizm głosi absurd, ale
traktuje go frywolnie. To jest niegodne, podłe, tak nie wolno. Zdarzyło
mi się wykładać na jednym uniwersytecie z Jacques'em Derridą. Mieliśmy
zajęcia w sąsiadujących salach. Kiedy studenci wychodzili z jego
wykładów i przychodzili na moje, mówiłem im na wstępie: "Nie wierzcie
tamtemu panu". Niektórzy z nich zdobyli się na refleksję i uwierzyli
mnie.
Mnóstwo filmów powstających obecnie opiera się na zasadzie
dekonstrukcji narracji, obrazu, tożsamości bohatera. Czy Pana zdaniem
kino podąża w niewłaściwym kierunku?
Nie stawiałbym tak radykalnej tezy. Niektórym się to podoba. Ja
sam bardzo chętnie obejrzę jeden z filmów Quentina Tarantino (jeden
wystarczy, żebym wiedział wszystko na temat innych). Jego kino mnie
bawi, kiedy wiem, o co chodzi. Zgódźmy się jednak z tym, że dialogu ze
światem nie można stale prowadzić prześmiewczo.
A jak odbiera pan "Wojnę polsko-ruską" ? Wiem, że chciał
ją pan obejrzeć, mimo że dekonstrukcja jest w niej widoczna niemal na
każdym polu.
Zdecydowanie wolę literacki pierwowzór, ale rozumiem charakter
tego filmu - jego wydźwięk jest przykry, ale i tekst stanowi swoisty
obraz nędzy ludzkiej. "Wojna…" skłoniła mnie jednak do refleksji, że
łatwo przełykamy fascynację ludzką głupotą i podłością. Rzeczywistość
jest czasem wstrętna, ale czasami też wyrasta z niej coś nadzwyczajnego,
nie zapominajmy o tym.
Ostatnio wyrosła nam przed oczami idea Restartu Polskiego Kina. Co
pan o niej sądzi?
To tylko zawracanie głowy, powtarzanie zabiegów, które
socjologicznie rzecz ujmując były i są przerabiane od czasów Nowej Fali.
Nie traktuję tego poważnie. Chcę zobaczyć utalentowanych młodych ludzi,
a im Restart do niczego nie jest potrzebny. Kontynuacja dawnych wątków
powinna być największą wartością współczesnego kina. Zresztą warto
zauważyć, że dziś większość filmów, które się sprzedaje, to produkcje
zbliżone do tych, które robiono przed wojną - mam na myśli przede
wszystkim komedie romantyczne. "Och, Karol" możemy bez problemu postawić
na tej samej półce, co film "Ada! To nie wypada!" Konrada Toma.
Tym sposobem kino krąży wciąż w tych samych rejonach zamiast
przełamać skostniałe schematy.
Nie mówimy tu o wysokiej kulturze tylko określonych rejonach
społecznych, które ktoś musi obsłużyć. Lepiej, że zajmuje się tym
produkcja krajowa niż dystrybutorzy importujący filmy z zachodu.
Co z krytykami i literatami? Nie uważa pan, że ich współpraca
z reżyserami zaowocuje realizacją produkcji, którym będzie daleko do
popkulturowej papki, którą karmią nas twórcy tanich komedii?
Nie sądzę, żeby polscy literaci, jakich znam, mieli jakikolwiek
pozytywny wpływ na kino. Pani Katarzyna Grochola czy pani Manuela
Gretkowska są często zapraszane do współpracy z filmowcami, ale wynika z
niej to samo, co z ich powieści, czyli niewiele. Pani Dorota Masłowska
jest moim zdaniem dużo bardziej interesującą pisarką, choć w swoich
powieściach pokazuje świat zupełnie mi obcy. Bardzo cenię też pana
Wojciecha Kuczoka - to jest autor, którego czytam z uwagą i
przyjemnością. Kino przy-literackie jest oczywiście z reguły
kulturalniejszym kinem, tylko że nasza kultura nie jest dziś specjalnie
kulturalna.
Powiedział pan, że świat Doroty Masłowskiej jest panu obcy. Jaki jest
wobec tego pana świat? Jak się zmienił?
Mój świat jest dokładnie taki, jaki zobaczyć można w moich
filmach. Zapełniają go zwyczajni ludzie, uchwyceni w czasie poszukiwania
absolutu, targani przez nietypowe rozterki, decydujący się na
ekstremalne rozwiązania. Wszystkie elementarne wyznaczniki zostały
nienaruszone przez formę jaką obecnie przybrała kultura. Ja tak samo jak
dawniej przeżywam emocje duchowe i fizyczne. Każde pokolenie żyje
złudzeniem, że żyje w jakichś nadzwyczajnych czasach, tymczasem świat
jest zawsze tak samo zwyczajny. Myślę, że trzeba się trzymać tego, co
trwałe, nie przejmować się tym, co uległo zmianom.
W filmie "Constans" pada mimochodem
bardzo interesująca kwestia: Nawet kościół boi się mówić o śmierci.
Pan nie miał w sobie zahamowań w tym względzie. Dlaczego?
Myślę, że to dobre pytanie, które powinienem sam zadać
psychoanalitykowi, który chciałby się mną zająć. Jestem dzieckiem wojny,
więc być może wpłynęła na to ciągła ekspozycja na śmierć, która jest
czymś nienaturalnym dla dziecka. Tylko, czy to naprawdę miało takie
znaczenie? Psychoanaliza Freuda nie nadaje się do interpretacji moich
snów. Niemniej świadomość śmiertelności towarzyszy mi odkąd pamiętam.
Wokół mnie ginęli ludzie, a ja zadawałem sobie ciągle pytanie, dlaczego
pocisk nie trafia we mnie?
Marcin Koszałka zrobił niedawno "Istnienie" i "Śmierć z ludzką twarzą" . Nie dzieli z
panem na pewno doświadczeń,
o których pan wspominał. Uważa pan, że śmierć w jego wydaniu stała się
czymś o charakterze pornograficznym?
Wątek śmierci u pana Koszałki powraca niemal obsesyjnie, ale nie
wytropiłem w nim bezwstydu. Szanuję jego obsesję. Rzeczywiście lawiruje
on na krawędzi, jednak jej nie przekracza.
Pisał pan, że sztuka nie może przeżyć bez pytań o sens istnienia,
cierpienia, miłości. Pole, na którym przegrywa kino jest tym samym, na
którym przegrywają wszystkie inne dziedziny sztuki. Czy uważa Pan, że
współczesne kino nie zadaje pytań tego typu? Czym w takim razie karmi
widzów?
Bez wątpienia papką! Z definicji jest nią zresztą cała
popkultura. To świat miękki i łatwy, świat pozorów - ale i świat, który
najłatwiej się sprzedaje i poddaje regułom rynku. Nastąpiła ogromna
rewolucja społeczna. Mamy obecnie do czynienia z niebywałym awansem
ogromnej rzeszy ludzi wywodzących się z niższych klas. Starzy
inteligenci popełniają błąd nie dostrzegając tego procesu. Nowa klasa
średnia wyłania się z mroku, tworzą ją ludzie ciemni, zagubieni.
Wchodząc w obręb kultury otwierają oni przed sobą najgorsze drzwi - to
widzowie seriali telewizyjnych, to czytelnicy marnych powieści, którzy
wcześniej nie oglądali niczego pozytywnego, nie czytali. Wielką rzeszę
ćwierć i półinteligentów trzeba jednak docenić, bo stanowią ogromną
siłę. Ich awans pociągnął kulturę wysoką ku nizinom. Sztuka z wyższej
półki zawsze miała skłonność do sklerozy, często usztywnia się i
martwieje. Nastąpiła wymiana,
nie ma ona jednak nic wspólnego ze zmieszaniem porządku wysokiego z
niskim. Kultura zawsze będzie podzielona na wysoką i niską, to co
najwyższe niezmiennie powinno interesować najbardziej. Większość jest
zawsze w błędzie, większość wszystko robi gorzej. Średnia jest zawsze
marna.
Kiedy Krzysztof Kieślowski wycofywał się z dalszej kariery,
powiedział mu pan, że tak nie można, że trzeba czekać, aż zostanie się
ostatecznie wygwizdanym. Pan na to czeka?
Ja byłem już wygwizdany niejednokrotnie. Kiedy poczuję, że jestem
wygwizdywany powszechnie, na pewno przestanę realizować filmy, bo
twórczość jest wielkim wysiłkiem. Wciąż jednak pcha mnie do przodu
niegasnące pragnienie, żeby coś jeszcze powiedzieć. Dla samej chwały czy
tym bardziej pieniędzy
niczego bym już nie robił. Jest jednak jeszcze kilka rzeczy, które
chciałbym wyartykułować lepiej i będę o to walczył. Ostatnie lata w
Polsce były dla mnie bardzo trudne. Odczułem mnóstwo ludzkiej niechęci,
choć nie spodziewałem się, że coś takiego jeszcze mnie spotka. Na
szczęście są jeszcze miejsca na świecie, gdzie jestem doceniany, więc
nie czuję, że nadszedł moment zejścia ze sceny.
Bardzo dziękuję za rozmowę. [Anna Bielak |